> > Grzegorz Grzyb: wspomnienie

Wiadomość o tragicznej śmierci wybitnego polskiego perkusisty Grzegorza Grzyba spadła na nas wszystkich niespodziewanie 23 lipca b. r. Jak wiadomo, muzyk zginął potrącony przez samochód podczas jazdy na rowerze (kolarstwo było Jego drugą wielką pasją obok muzyki i perkusji). Celem przyświecającym publikacji tego wspomnienia o Nim nie jest przybliżenie Jego drogi życiowej i artystycznej. Na to przyjdzie jeszcze czas, bardzo możliwe, że w formie filmu dokumentalnego. Wydaje nam się po prostu, że warto, aby kilka tygodni po odejściu Grzegorza w przestrzeni publicznej pojawiło się coś więcej niż tylko sucha biografia oraz równie chłodna wzmianka o tym zdarzeniu.

źródło: Polskie Stowarzyszenie Jazzowe

W tym celu skontaktowaliśmy się z kilkoma spośród jego przyjaciół i jednocześnie kolegów-muzyków, którzy w ciepły, nierzadko uczuciowy sposób podzielili się z nami (a teraz także z widzami beatit.tv) swoimi wspomnieniami o Grzegorzu Grzybie jako muzyku i człowieku. Dość wspomnieć to, że Muniek Staszczyk powiedział w udzielonej nam wypowiedzi o tym, iż cieszy się, że ma w swoim C.V. współpracę Nim. Nie na odwrót. To wiele znaczy. Oto najważniejsze fragmenty tych wypowiedzi…

Zbigniew Hołdys: “Grzesiek był zdrowym bykiem, dwumetrowym typem o świetnym poczuciu humoru, niezwykle życzliwym światu. O zmarłych tak się z reguły mówi, ale ja mam wszelkie powody, żeby mówić o nim wyłącznie dobrze, bo po prostu genialnie i brawurowo grał, od chyba 20 lat kumplowaliśmy się bardzo i nie było nigdy ani mikrona złego nastroju. To jest rzadkość. Szukałem perkusistów mających obłędną technikę i grających w sposób porywający. Widziałem wielu wspaniałych polskich perkusistów. Któregoś dnia poszedłem na koncert jazzowy do klubu Akwarium, który wtedy istniał na Emilii Plater w Warszawie. Tam grał zespół Zbyszka Namysłowskiego. Na perkusji grał Grzesiek Grzyb. Jak to w jazzie – szeleścił na tych talerzykach niezbyt hałaśliwie. Zbyszek Namysłowski zwykle ucisza swoich muzyków z zespołu, bo nie lubi hałasu, a tu nastąpił taki moment, w którym dał znak, że można poszaleć. Grzesiek Grzyb zagrał w tej krótkiej frazie w taki sposób, że ja zdębiałem. Otworzyły mi się oczy, pękła mi dusza i pomyślałem: ‘Jezu! przecież tak grał Mitch Mitchell – perkusista Jimi’ego Hendrixa!‘. Grzesiek zagrał w sposób nieokiełznany, widowiskowy i, co ważne, rockowy. W przerwie poprosiłem go na moment do stolika. Zapytałem go, czy zagrałby ze mną gdybym wrócił do grania. On powiedział: ‘Natychmiast! Mów kiedy! Co to będzie za muzyka?‘. Ja na to: ‘Właśnie taka, jaką grałeś przed chwilą‘. To było powodem mojego powrotu do grania, bo zobaczyłem, że jest ten newralgiczny punkt – wyjątkowy perkusista. Dzięki temu zacząłem widzieć całą resztę. Wiedziałem już, ż skoro mam wirtuozersko grającego perkusistę, to muszę mieć takiego samego basistę (Wojciech Pilichowski – przyp. BeatIt). Do tego chciałem mieć basistę grającego kostką (Jacek Chrzanowski – przyp. BeatIt) i gitarzystę-wirtuoza (Tom Cake – przyp. BeatIt)). Postanowiłem wtedy, że skoro mam dwa basy, to będą dwie perkusje. Do Grześka dołączyłem mojego wielkiego przyjaciela Wojtka Morawskiego, który ze mną przed laty zakładał Perfect i który gra ciężko, trochę jak Ginger Baker, i nie rwie się do solówek, ale trzyma groove, przy którym wszyscy muszą się bujać. Jak zgrać dwóch perkusistów? Przecież to jest kanonada! Otóż, oni usiedli we dwóch i natychmiast znaleźli wspólny język, ponieważ Wojtek powiedział: ‘Grzesiek, ty grasz tak, że ja będę tylko wylewał ci ławę fundamentów.’ I rzeczywiście Wojtek grał prosto, a Grzesiek malował. Była też Ania Patynek na przeszkadzajkach. Tak powstał zespół, ale on by nie powstał, gdybym nie spotkał Grześka Grzyba. Grzesiek był człowiekiem samotnym, żył z dala od rodziny i sprawiał wrażenie człowieka osieroconego przez życie. Całe życie poświęcił dwum pasjom: muzyce oraz tej, która spowodowała nieszczęście. Był wirtuozem. Kiedyś byliśmy w Nowym Jorku. Weszliśmy do klubu i zapytaliśmy muzyków amerykańskich, czy może z nimi zagrać. Spojrzeli z politowaniem, jak się dowiedzieli, że jest z Polski. Zapytali: ‘Umiesz coś?‘. Odpowiedział: ‘A co chcecie?‘. Rzucili jakiś tytuł Milesa Davisa i jak zagrał, to zamilkli. Potem przybiegło do mnie trzech ludzi w garniturach wręczając wizytówki i mówiąc, że chcą się spotkać, bo mają dla niego mnóstwo roboty. Gdyby znał język, to mógłby zostać w Stanach i być jednym z ważniejszych perkusistów. Jako wirtuoz miał sprawne mięśnie, bo jeździł wspaniale na rowerze. Gdy już okrzepł jako zawodowy perkusista, kupił sobie rower, strój i jeździł codziennie minimum po kilkadziesiąt kilometrów. W weekendy ścigał się z juniorami starszymi – byłymi wyczynowymi kolarzami. Zrzucali się do kapelusza i zwycięzca zgarniał całą pulę. Ile razy go widziałem, mówiłem: ‘Uważaj!‘. Złamał sobie rękę, nogę, ale jeździł świetnie i uważał, że ryzyka nie ma. Ilekroć myślałem o swoich planach muzycznych, również tych najbliższych, Grzesiek cały czas przebiegał mi przed oczami. Nam – muzykom, którzy mieli go na celowniku – wyrządził straszny kłopot, bo on jest nie do zastąpienia. Powstała dziura i nie mamy czym tego zalać.”

Bernard Maseli (Laboratorium): “Śmierć Grzegorza wywarła duży impet, którego nikt się nie spodziewał. To dlatego, że to był piękny człowiek i wspaniały muzyk. Zbyszek Hołdys powiedział, że to był koleś, od którego nikt nie dostał ani trochę złej energii. Tego mi strasznie brakuje. Chciało się przy nim być – czułeś się bezpiecznie, czułeś się zaakceptowany. On miał fizia na punkcie grania i to się udzielało. Łaził cały czas z tymi pałkami i nie można było z nim pogadać, bo jak tylko znalazł jakąś płaszczyznę, to napierniczał jedynki, dwójki, paradidle… Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Grzesiek przyjechał, żeby podżemować z klawiszowcem Zbyszkiem Jakubkiem i nie można było pogadać, bo cały czas naparzał. O Grzybie nawet głupio mówić, że to był człowiek z pasją. Wszystko w jego przypadku brzmi słabo, bo dowcipy o perkusistach nie były o nim. Miał olbrzymią wiedzę o harmonii, a wszystkiego uczył się sam, ze słuchu. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale Grzyb jest przykładem na to, że są tacy ludzie. Nikt go nie zastąpi, i nie chodzi tylko o granie, ale także o atmosferę, którą wokół siebie roztaczał. Był wkręcony w muzę. Mówił, że grając słucha w którą stronę idą emocje i za nimi podąża. Mam folder ze zdjęciami, które zrobiłem na plaży na Łotwie po naszym ostatnim koncercie i nie mam siły tego otworzyć. Pamiętam jak wszyscy byli rozchichrani i jak on się cieszył na ten koncert na festiwalu Jurka (rozmawialiśmy przed wejściem Laboratorium na małą scenę festiwalu Pol’and’Rock – przyp. BeatIt). Mieliśmy dylemat, czy jechać, czy nie, ale potem dostaliśmy cynki, że to by było najgłupsze. Postaramy się dzisiaj zagrać jak najlepiej, żeby Grzybol był zadowolony, bo okropnie chciał tu zagrać i był bardzo nakręcony. Będzie mi go bardzo brakować. Bardzo. Bardzo. Bardzo. Nic, idziemy grać…”

Krzysztof Misiak (3 Jazz Soldiers): “Grzesio Grzyb, według moich preferencji, był najlepszym bębniarzem na ziemi. To był najbardziej muzykalny bębniarz, jakiego znałem. On po prostu słuchał tego, co się gra i podążał za tym, co ma się wydarzyć. Świetnie zapamiętywał formę utworów, jego dynamika gry była zawsze odpowiednia do sytuacji muzycznej, miał też doskonałe umiejętności solowo-improwizacyjne. To wszystko było u niego naturalne i gradacyjne, tzn. zagęszczał fakturę, otwierał hi hat, grał przejście w odpowiednim momencie i słuchał improwizatora. Zapamiętywał formuły rytmiczne z moich solówek i prowadził ze mną dialog. Grzesiek był niesamowitym erudytą muzycznym, zarówno jeśli chodzi o bębniarzy, ale też muzyków i kompozytorów. Znał wszystkie standardy muzyki jazzowej i formy tych numerów. Coś nieprawdopodobnego. Miał obcykane solówki niektórych instrumentalistów, których lubił. Potrafił je śpiewać. Potrafił też grać z poczuciem humoru, wygłupiał się, zwalniał, przyspieszał. Jak nagrywaliśmy płytę “Odłamkowa“, to za pierwszym razem zapamiętał całe formy, a za drugim już nagrywaliśmy i nie było pomyłek. Ta pamięć i muzykalność czyniła z niego wybitnego muzyka, nie tylko perkusistę. Ja go traktowałem jako partnera, a nie gościa od wybijania rytmu. Był też otwarty na sugestie. Jeśli chciałem, żeby dany aranż bębnów zabrzmiał tak, a tak, od razu grał bez kwaśnych min. Praca z nim była jedną wielką przyjemnością.  Zawsze nie mogłem się doczekać wspólnego grania, bo to była piękna rzecz. Grzesiek zawsze miał radość z grania. To on zawsze krzyczał: ‘Oh, yeah!‘ zza bębnów. Jego solówki były oczywiście improwizowane, ale wiele rzeczy miał przemyślanych. Jak chciał pokazać swoją technikę werblową, to dopier… tak, że wszystkim buty spadały. Dla mnie był instrumentalistą, nie po prostu bębniarzem. Jakbyś mu dał mikrofon podczas koncertu, to nikt nie musiałby grać solówki – on by scatem zaje…. takie dźwięki, że koniec świata. Znał też wszystkich basistów i miał swoich ulubionych – czywiście Jaco Pastorius, ale też Hadrien Feraud, Richard Bona, Michał Brański, Krzysztof Ścierański, Filip Siejka, Szymon Orłowski. Jako bębniarz był minimalistą: centrala, werbel, jeden tom, jeden floor tom i potrafił zrobić z tego kolor, muzykę.
Grzesiek był najskromniejszym, najspokojniejszym i najbardziej ułożonym jegomościem w branży. Nigdy się nie spóźniał. Musiało się naprawdę coś wydarzyć. Jeśli zajęcia wypadły, to zawsze je odrabiał. Jak wyczuł w kimś potencjał, to zostawał po godzinach, doradzał. Był też znakomitym kompanem. Nie pił, nie brał, ale nigdy nie kręcił nosem, gdy koledzy chcieli się zabawić. Siedzieliśmy, gadaliśmy, pojawiały się anegdoty, dowcipy – miał znakomite poczucie humoru. A ponieważ miał specyficzne spojrzenie na pewne rzeczy, to robiło to na nas wielkie wrażenie i była świetna atmosfera do biesiady i wspólnego spędzania czasu. Nigdy mnie nie zawiódł, a zlecałem mu różne zadania i prace. Był szanowany przez różne środowiska – muzyków i jazzowych, popowych i bluesowych.
Bywało tak, że przyjeżdżał do mnie do Płocka na warsztaty rowerem. Koledzy zabierali graty, a on robił sobie trening i śmigał 120 km na rowerze. W przerwach między zajęciami a jam sessions jeździł po okolicy, zwiedzał i przy okazji trenował. Nie dam złego słowa powiedzieć na Grzyba, bo nie było takiej sytuacji, żeby grymasił. Subordynował się, rozumiał swoją rolę i był otwarty na ludzi, chciał pomóc, zbudować coś. Nie wiem, dlaczego takich ludzi Bóg zabiera tak szybko…”

Zygmunt “Muniek” Staszczyk (T.Love, Szwagierkolaska): “Poznaliśmy się w 1995 r. przy okazji pierwszej płyty zespołu Szwagierkolaska. Przyszedł z Olem Walickim (Olgierd Walicki – przyp. BeatIt), bo z Andrzejem Zeńczewskim, z którym założyliśmy ten zespół, stwierdziliśmy, że fajnie, żeby była jakaś inna sekcja. Przyszli dwaj kolesie z rejonów jazzowych i Grzesiu na dłużej został. Zawsze grałem z bębniarzami rockowymi, a tu grałem z kimś, kto pokazywał inne przestrzenie. Szwagierkolaska to nie był jazz, ale ten zespół swingował dzięki Grześkowi. Od razu z nim załapałem klimat i fajny kontakt. Grzesiek miał zajebiste poczucie humoru, szły grube teksty i dowcipy. Perfekcyjnie udawał totalnie naje$@n€go, a w ogóle nie pił. Wystarczyło wcisnąć guzik. Nieraz ludzie dali się nabrać, że taki nawalony, a tak zagrał koncert. W Szwagrze było sporo alkoholu i ja akurat piłem. Lubiliśmy się. Sporo z nim gadałem o nowym polskim jazzie, bo dużo grał, nie tylko z Namysłowskim, ale też z tymi młodszymi. Szwagierkolaska miał swój szczytowy moment w latach 90. Nigdy nie został rozwiązany, ale w późniejszym okresie grał okazjonalnie. Grzesiek grał z nami, kiedy tylko mógł. Chyba czuł do tego jakąś miętę i lubił to. Jako bębniarz spełniał się w innej muzyce. Moim zdaniem to jedna z czołowych postaci polskich bębnów. Fajnie, że mogłem mieć w C.V. pracę z nim. Fajnie też, że mogłem z nim grać w takiej luźnej kapeli, jak Szwagier, gdzie było dużo zabawy i śmiechu. On się w ogóle nie spinał. To były dla niego proste rzeczy do zagrania, ale grał w sposób kreatywny. Lubił grać te warszawskie, pijackie songi i zawsze fajnie uderzył jakiś akcent. Zresztą to były dobre piosenki, dobrze napisane przed wojną przez różnych kompozytorów. To był super koleżka. Takie jaja były z nim! Miał odpał na punkcie jazdy na rowerze. Absurdalna śmierć, straszny wypadek. Pożegnanie w Warszawie było piękne – pełne muzyki, nie msza. Grzesiek cały czas był obecny w tym duchowo. Uśmiecham się jak o nim myślę, bo to był świetny muzyk i świetny kolega. Mieliśmy swój kod, grube facetowskie teksty. Grał z najlepszymi w tym kraju i fajnie, że grał też z nami.”

Marek Stryszowski (Laboratorium): “Grześka sprowadził do nas Krzysiu Ścierański. Przypadł nam od razu do gustu, jako muzyk i wspaniały człowiek. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że również ściga się na rowerze jako kolarz. Grzesiu miał trzy pasje: muzyka, kolarstwo i bycie dobrym człowiekiem. To był człowiek o nieprawdopodobnie pięknym charakterze. Jak dowiedzieliśmy się, że odszedł, to stare chłopy, a poryczeliśmy się jak baby. Do dzisiaj nie możemy się otrząsnąć. Był ważnym trybem w zespole. Ciężko będzie żyć dalej. Mówię o muzycznym życiu, ale również nad osobowością Grzesia trudno będzie przejść do porządku dziennego. Bardzo nam go brak. Grzesiu, jak mnie tam słyszysz, to pomagaj, żebyśmy jakoś mogli przetrwać ten trudny czas.”

Krzysztof Ścierański (Laboratorium): “Grzesiek jako człowiek – bezkonfliktowy, uczynny, łapał wszystkie żarty. Dusza człowiek. Był inny, nie miał auta, a niedawno z powodu wyjazdu zagranicznego koledzy namówili go, żeby wyrobił sobie paszport. Był sympatycznym młodym człowiekiem, dzieckiem, które zostało zamordowane przez kogoś nieodpowiedzialnego. Jako muzyk – Grzesiek był bardzo doświadczonym perkusistą. Poznałem go ze 30, może więcej lat temu po jakimś graniu. Miał niewiele lat, ale bardzo chciał grać. Nie szukałem wtedy perkusisty, byłem zmęczony pracą z nimi. Dopuszczałem jedynie współpracę z kimś, kto gra na przeszkadzajkach, na delikatnie brzmiącym instrumencie. Grałem dużo flażoletów i przy perkusji to ginęło. Grzesiek namawiał mnie, żebyśmy razem zagrali. Poleciłem mu, żeby pojechał do Warszawy do klubu Akwarium, które było centrum muzycznym w Polsce. Pojechał, poznał wszystkich odpowiednich ludzi i często tam grywał. Wtedy dostał takie “turbo”, które pozwoliło mu współpracować z najlepszymi. Nagrał chyba 10 czy 12 płyt ze Zbyszkiem Namysłowskim.”

Specjalne podziękowania dla Andrzeja Puczyńskiego i Titusa za pomoc w skontaktowaniu się z niektórymi spośród wypowiadających się, a także dla Zbigniewa Hołdysa za udostępnienie nam do wykorzystania wypowiedzi zamieszczonej na własnym profilu fejsbukowym, którą w całości można zobaczyć TUTAJ.

Share