> > > Perkusje z bloku wschodniego

Lata PRL-u ludzie wspominają różnie. Jedni za nimi tęsknią, drudzy przeklinają, a trzeci świetnie się wtedy ustawili i do dziś trzęsą naszym krajem. Za młody jestem, żeby dobrze to pamiętać, ale sytuacja była generalnie nieciekawa i nieprzyjazna obywatelom…

Socjalizm umiejętnie wyssał ze wszystkich mało odpornych siłę ducha i chęci do robienia rzeczy, które często nie były aprobowane przez społeczeństwo. Do takich sztuk należała wówczas  ambitna muzyka: jazzowa, bigbeatowa czy prog rockowa – gatunek był bez znaczenia, ważny był za to wpływ imperialistów na jego powstanie. Już od zarania dziejów dla ciemnej masy wszystko, co niezrozumiałe, kojarzyło się z zagrożeniem i utratą kontroli.

Mimo wszystko jednak muzyka była obecna wszędzie. Faktem jest, że w tamtych czasach jej przekaz pozostawiał często wiele do życzenia, ale na brak zespołów nie można było narzekać. Partia różnie to odbierała, ale jak pokazują przykłady wielu kapel punkrockowych, czy rockowych- dało się obejść zakazy i cenzurę.

W sklepach nie było niczego, na czym dałoby się dobrze pobębnić. Centrala muzyczna sprzedawała Polmuzspod lady, u Szpaderskiego miesiącami czekało się w kolejce, a Amati realnie grało tylko w sferze marzeń, także u zawodowych muzyków.

W Polsce było tak na pewno, a jak wyglądała sytuacja nieco dalej na wschód, na Białorusi i Ukrainie, w Rosji, czy na Litwie? Przecież tam też powoli kwitły muzyczne kwiaty, które potrzebowały instrumentów do wyrażania własnej ekspresji. Potrzebowali ich wszyscy grajkowie, a więc także perkusiści. Kombinat musiał pracować.

Jak wyglądała myśl techniczna krajów Bloku Wschodniego i czy mocno odbiegała od standardów zza żelaznej kurtyny? Odpowiedzi na te pytania przybliży wam dzisiejszy artykuł.

EPOIMI – ZSRR

 

Z bębnami EPOIMI zetknąłem się po raz pierwszy całkiem niedawno, śledząc jeden z tematów na forum perkusyjnym. Pewien użytkownik prosił o identyfikację bębnów, które znalazły się dość przypadkowo w jego posiadaniu. Przeczytałem to z przymrużeniem oka sądząc, że to kolejny stary Szpader czy Trowa, ale spudłowałem…

Poniżej wklejam fragment trafnej odpowiedzi mojego kolegi Wiktora Drozda odnośnie zamieszczonej prośby:

“A więc po kolei: z tym, że to radziecka produkcja to byłeś bardzo blisko. Twoja perkusja jest faktycznie wyprodukowana w ZSRR, dokładnie w fabryce EPOIMI: Experimental Music Instrument’s Factory. Później firma przekształciła się w RMIF (Rigas muzikas instrumentu fabrika, Riga Music Instruments Factory), obecna Łotwa. Bardzo ciężko było Ci zidentyfikować ten sprzęt, ponieważ po pierwsze producent nigdy nie miał strony internetowej (fabryka upadła na początku lat 90-tych), w internecie jest o niej naprawdę mało, a po drugie logo producenta i wszelkie oznaczenia widniały tylko na papierowych żółto-niebieskich naklejkach, naklejanych na tomy i centralkę. Co do perkusji, to mogę zapewnić Cię, że są to na 100 % korpusy brzozowe (i to ponoć dobre gatunkowo) z wewnętrznymi ringami wzmacniającymi. Twoja perka jest najprawdopodobniej z okresu 1985-1991. Żeby nie było tak kolorowo, to na tym wszystkie jej zalety się kończą. Wnioskuję, że w tamtych czasach Związek Radziecki miał drewna i lasów w bród (do produkcji bębnów stosowano brzozę i klon), lecz jeśli chodzi o hardware to było bardzo kiepsko. Większość metalowych części (lugi, claw hooki, itd.) wykonana była z fatalnego stopu Zn-Al-Cu, który pęka w rękach. Dodatkowo paskudna okleina chamsko położona na piękne korpusy, które nie poddane wcześniej żadnej konserwacji były całe zachlapane klejem. Zauważyłeś po ściągnięciu okleiny zielone i białe plamy? To pewnie dobrze pamiętasz, jak ciężko było je zeszlifować. Krawędzie korpusów były bardzo krzywe, a czarę goryczy przelewała dodatkowo centralka z metalową obręczą, jak przy tomach i przykrótkimi, niestabilnymi nóżkami. Swoją drogą, takie rozwiązanie techniczne widziałem pierwszy raz w życiu: stopka nie miała żadnego mocowania do obręczy i pasowała do centralki wyłącznie dzięki wyżłobionemu rowkowi w który wchodziła obręcz. Zamontowanie normalnej stopki w tym zestawie graniczy z cudem.

Jeśli chodzi o mój zestaw EPOIMI, to dostałem go w prezencie (zakupiony został za grosze jako Polmuz w komisie muzycznym). Wydawało mi się, że to złom, ale… po długim procesie odnawiania, który praktycznie obejmował wyrzucenie całego hardware’u (obręczy, lug, śrub) i zostawieniu tylko gołych korpusów, wyczyszczeniu ich, wyrównaniu i polakierowaniu, okazało się, że nie jest tak źle. Dokupiłem do centralki nowe obręcze, dzięki którym można teraz zamontować każdą stopkę oraz centralka nie wydaje się tak krótka (Twoja ma pewnie też 14″ głębokości), dodatkowo nowe nóżki, lugi, maskownice, nowe odpowietrzniki. Na polakierowaną centralkę nałożyłem ładną, nową okleinę i całość wygląda moim zdaniem całkiem estetycznie.

Co do brzmienia: naprawdę można z tego cuda wycisnąć całkiem przyzwoity sound, ale wiąże się to z wywaleniem wszystkiego do gołych beczek i renowacją lub kupnem całego nowego hardware’u. Taniej wyszłoby je sprzedać i kupić używane brzozowe bębny ze średniej półki. Chyba, że tak, jak w moim przypadku, jest to po części zabawa i sentyment.

Dodać jeszcze mogę, że w linii EPOIMI, którą posiadam, zastosowano bardzo dużo rozwiązań ściągniętych od innych producentów: starych Premierów (lugi centralki, footboardy stopki i hi-hatu) oraz z Tamy (tom holdery i uchwyty tom holderów). Jedynym niespotykanym, bardzo charakterystycznym i niestety nietrafionym rozwiązaniem jest opisana wcześniej nietypowa obręcz centralki. EPOIMI najprawdopodobniej produkowało kilka formuł bębnów. a najwyższy model miał następującą konfigurację: bongosy 6″ i 8″, tom 12″ x 9″, tom 13″ x 10″, floor tom 14″ x 14″, floor tom 16″ x 16″, werbel 14″ x 5,5″ i centralka 22″ x 14″ lub 20″ x 14″.”

KOZMOSZ – ZSRR

Kozmosz – Kozmosz Music Intruments Manufacturing and Repairing Association (Stowarzyszenie Produkcji i Naprawy Instrumentów Muzycznych). Bardzo ekonomiczne, “cocktailowe” bębny z ZSRR. Wszystko zrobione najmniejszym kosztem, dlatego też centralka 18″ i płyciutki werbel. Na zestawie grało się oczywiście na stojąco.

Dezső Dubán – WĘGRY

Jedna z najwybitniejszych osób w węgierskiej historii wyrobów perkusyjnych. Większość jego zestawów wykonanych było z brzozy, cały hardware (i statywy i osprzęt korpusów) pan Dubán wykonywał samemu. Prezentowane tu fotki przedstawiają zestawy z lat 60 i 70-tych.

Green Pearl- rozmiary: 20″, 13″, 16″, werbel drewniany 14″ x 5″. Lugi skopiowane nieco z Ludwiga, potężne motylki śrub centrali. Tom holder bez możliwości dokładnej regulacji.

Tiger- rozmiary: 20″, 12″, 13″, 16″, werbel metalowy 14″ x 6″.

Dubán 1962- rozmiary: 26″, 13″, 14″, 16″, werbel metalowy 14″ x 6,5″. Okleina pierwotnie biała, z czasem zżółkła.

Medveczky – węgierski Szpaderski

Anton Medveczky to postać zdaje się legendarna w historii węgierskiego przemysłu muzycznego. Karierę rozpoczął w 1935 roku jako nauczyciel perkusji w szkole tańca. Po krótkim czasie niezadowolony z dostępnych wówczas na rynku instrumentów perkusyjnych postanowił robić je sam. Po pierwszej udanej próbie (i sprzedaży) zainteresowanie muzyków stało się tak duże, że Medveczky postanowił otworzyć własny zakład oraz sklep muzyczny (w roku 1942). Robił i sprzedawał bębny na indywidualne zamówienie muzyków, ale także dla innych sklepów muzycznych. W związku z tym, że w latach 40-tych większość przemysłu perkusyjnego ulokowana była w Ameryce, a dostęp do tych instrumentów był bardzo ograniczony, pan Anton sporą ilość patentów zastosowanych w swoich bębnach wymyślił sam lub korzystając z sugestii innych muzyków. Od roku 1945, kiedy zginął na wojnie wspólnik Medveczky, wszystko się zmieniło i firma podupadła. Dopiero w 1961 roku, dzięki pomocy kilku sympatyków, produkcja ruszyła ponownie. W dużym stopniu jest to nadal pełen custom, w którym 90 % prefabrykatów wytwarzało się na miejscu w warsztacie.

Lata 80-te to pierwsze oznaki nadciągającej masowo produkcji z Chin i Tajwanu i nieuchronny koniec działalności firmy Medveczky.

Trowa – NRD

Trowę w Polsce spotkać można stosunkowo często. Jeśli chodzi o stare graty, to stoi na czwartej pozycji zaraz po Polmuzie, Szpaderskim i Amati, w zasadzie na równi z również niemieckim Tactonem.

W czasach, kiedy część państw europejskich tworzyło tzw. Blok Wschodni bębny Trowa były obok czeskiego Amati najlepiej sprzedającym się zestawem perkusyjnym w tych krajach. Niestety, więcej informacji ciężko jest uzyskać.

 

Na amerykańskim forum ktoś bardzo trafnie opisał bębny Trowa i Amati: “Były to zestawy wykonane z niezłych materiałów przez niezłych rzemieślników, ale ich jakość wykonania pozostawiała wiele do życzenia i generalnie psuła cały efekt końcowy”.

 

Prezentowany tutaj zestaw pochodzi z lat 60-tych. Rozmiary: 20″ x 14″, 13″ x 9″, 16″ x 16″, werbel 14″ x 4″ z obustronną regulacją sprężyny. Okleina typu tiger – wykończenie dostępne wówczas głównie u Pearla.

 

Tacton – NRD

Tacton, czyli bębny najczęściej zbudowane z płyty pilśniowej. Tak, jak koledzy z tych samych lat produkcji często wykończone ślicznymi okleinami pearl, tiger lub tzw. mazgajami. Charakterystyczne, trójkątne (lub prostokątne) lugi oraz patenty skopiowane od innych producentów (głównie Sonora) to znak rozpoznawczy Tactona. Każdy, kto miał ten zestaw, dobrze wie, czym pachniały te bębny w środku…

Zestaw nr 1 to lata 60-te. Piękna, brązowa perłowa okleina, standardowe, płytkie korpusy oraz hit sezonu- mega kosmiczny hardware na płaskich szerokich nogach- à la Star Trek. Każdy zna te statywy, kupić je można w Polsce za grosze, podobnie jak bębny, dość popularne w naszym kraju

Zestaw nr 2 to nowsza produkcja z lat 80-tych. Bębny również w konfiguracji standardowej, ale bardzo głębokie, centralka- o dziwo- 22″ x 16″, osprzęt nadal chwiejny, ale mniej kosmiczny.

Tromsa – NRD

Kolejny wypust z Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W Polsce pojawiają się rzadko, mylnie sprzedawane jako Trova lub Tacton.

Wersja budżetowa – plastikowe lugi + bardzo lekkie korpusy z nie wiadomo czego. Membrany zawsze białe, śliskie typu smooth white. Hardware wagi piórkowej. Piękne okleiny. Większość werbli wyposażona była w archaiczną maszynkę – dźwignię, która napinała sprężynę raczej niepewnie i nigdy nie było wiadomo, kiedy sprężyna sama się wyłączy.

Zielony egzemplarz ze zdjęcia zagrał celowo w studio w dwóch jazzowych utworach ze świetnym rezultatem. Powaga!

Stare nie znaczy złe

W związku z brakiem w zasadzie jakichkolwiek źródeł zmuszony zostałem po raz kolejny do opisania arcyciekawych zagadnień w sposób minimalistyczny. Stare dobre przysłowie mówiące: “Jeśli coś nie istnieje w Google, to tego nie ma” ma w tym momencie sporo racji.

Celowo pominąłem bębny Trixon i Sonor z prostego względu – pochodziły z Niemiec Zachodnich, a więc z zupełnie innej rzeczywistości. Wspaniałość i oryginalność tych bębnów jest tak oczywista, że zasługują na swój własny artykuł.

Po raz kolejny wracam się do Was, drodzy Czytelnicy, z pewnym apelem: identyfikujcie swoje bębny, próbujcie dowiedzieć się o nich jak najwięcej, bo za 20 – 30 lat możemy wszyscy żałować, że nie poświęciliśmy im tyle uwagi, ile było trzeba.

Podziękowania

Chciałbym serdecznie podziękować Wiktorowi Drozdowi i Tomaszowi Zamorskiemu, czyli perkusistom, którzy pięknie odrestaurowali- wydawać by się mogło- nic nie warty szmelc. W zasadzie dzięki ich wiedzy i pasji powstał ten artykuł.

Składam także ukłony i podziękowania w stronę muzeum perkusyjnego Dobmúzeum (www. drummuseum.hu) z Węgier za wykorzystanie zdjęć oraz szczegółowych informacji z ich strony.

Tekst: Mateusz “Uągwa” Wysocki

Zdjęcia: www.drummuseum.hu, Wiktor Drozd, Tomasz Zamorski, Mateusz “Uągwa” Wysocki

Od redakcji:

Mateusz Wysocki jest znany niejednej Bębniarce i niejednemu Bębniarzowi w Polsce ze swej pracy w poznańskim sklepie perkusyjnym Avant Drum Shop. Jest on również czynnym perkusistą, obecnie występującym z zespołem Neons of 101, a także wielkim miłośnikiem i znawcą perkusyjnego “wintydżu”. Dotyczy to zarówno zestawów perkusyjnych, werbli, jaki i hardware’u.

Artykuł autorstwa Mateusza Wysockiego publikujemy za zgodą i w porozumieniu z autorem.

Post Scriptum

Po opublikowaniu przez beatit.tv artykuł ten spotkał się z żywym odzewem naszych widzów. Jeden z nich – Piotr Wojciechowski – nadesłał kilka informacji na ten temat, za co dziękujemy w imieniu autora artykułu i własnym. Ponieważ nie dotarliśmy do żadnych źródeł weryfikujących, niniejszym cytujemy uwagi Piotra (są one również dostępne pod tekstem, w komentarzach):

“1. Radziecka fabryka EPOIMI nigdy nie przekształciła się w RMIF, to dwie oddzielne fabryki.
2. Na pierwszych dwóch fotkach to bębny RMIF, nie EPOIMI (posiadałem 2 zestawy RMIF i EPOIMI zakupione w sklepie w ZSRR w tym samym czasie).
3. TACTON nie był robiony z płyty pilśniowej tylko z duroplastu, produkowane jako zestawy szkolne. Były też kadła bukowe. Duroplast czuć bakelitem, też słyszałem te legendy o moczu (obecnie posiadam TACTONa z duroplastu).
Pozdrawiam.
Piotrek”.

Z kolei jeden z naszych niemieckich widzów sprostował informację podaną przez autora odnośnie pochodzenia marki Tromsa. Otóż bębny te produkowano w miejscowości Rüsselsheim w dawnych Zachodnich Niemczech. Również dziękujemy za pomoc!

Share